Zimowe Trocie 2014 – Wierzyca

Zimowe Trocie 2014 - Wierzyca

Kolejny sezon z rzędu, rozpoczęliśmy od wyjazdu na Trocie. W tym roku nasza grupa była nieco większa, po pierwszym dniu wędkowania dołączyło do naszej piątki, trzech zaprzyjaźnionych wędkarzy ze sklepu wędkarskiego "Garbus" z Warszawy. Zachęceni naszymi ubiegłorocznymi wynikami i pięknem samej Wierzycy na odcinku od Gniewskich Młynów do samego ujścia rzeki, postanowili spontanicznie, chociaż na jeden dzień wybrać się na Trocie.

Przygotowania

Nasza przygoda z tegorocznymi Trociami rozpoczęła się już w poniedziałek 6 stycznia. Postanowiliśmy przyjechać na miejsce dzień wcześniej, przed planowanym wędkowaniem, aby móc na spokojnie przygotować i zapoznać się z nowym sprzętem, jaki otrzymaliśmy do testowania od Firmy Daiwa-Cormoran. Nie tylko obecność nad wodą sprawiała nam dużą przyjemność, ale też same przygotowania w gronie zafascynowanych wędkarstwem kolegów, przyniosły wiele radości, umożliwiając  jednocześnie wymianę zdobytego doświadczenia. Dlatego też poniedziałkowe popołudnie przerodziło się w kilkugodzinną dyskusję na temat posiadanego sprzętu. Okazało się, że trzy rodzaje żyłek: Daiwa Infinity Floor IT, Daiwa Tournament ST, Cormoran CORTEST-MP, trzy kołowrotki: Caldia 3000SHA, Ballistic 3000, Theory 3000 oraz nowość na 2014 rok wędka CORMORAN Black Bull PCC Seatrout i kilka pudełek z przynętami mogą być wystarczającym  tematem dla pięciu dorosłych mężczyzn do niekończącej się rozmowy.  Patrząc na nas z boku można byłoby zapewne powiedzieć, że zachowujemy się bardziej jak mali chłopcy otoczeni masą zabawek, niż dorośli wędkarze. Ale chyba właśnie tak duża fascynacja wędkarstwem i "mały chłopiec tkwiący" w każdym z nas, są motorem do tego, aby spędzać godziny nad wodą i przemierzać setki kilometrów w pogoni za wymarzonym okazem. Niestety gorącą dyskusję szybko jednak ochłodziła, niska temperatura panująca w naszej kwaterze i brak ciepłej wody...

Dzień I

 

Tym bardziej we wtorek rano szybko stawiliśmy się nad brzegiem Wierzycy w okolicach mostu drogowego na trasie 91. Pierwszy dzień naszego wędkowania podobnie jak w ubiegłym roku, postanowiliśmy rozpocząć  na odcinku od mostu drogowego do ujścia Wierzycy. Typowo keltowy  charakter rzeki  w tym miejscu (prosty i spokojny) nastrajał nas bardzo pozytywnie i dawał dużą nadzieję na złowienie  pierwszej Troci w tym sezonie. Bardzo się nie myliłem, gdyż już w pierwszej godzinie poczułem przyjemne i oczekiwane pulsowanie troci na wędce, która zaatakowała  woblera leniwie prowadzonego pod brzegiem, na którym stałem. Niestety zbyt długi  i nonszalancki hol na potrzeby filmu był powodem, że dobrze zapięta ryba miała na tyle dużo czasu i możliwości, aby wypiąć się z kotwic. Szczęśliwe miejsce, w którym rok wcześniej Kamil również zaciął troć, okazało sie i tym razem bardzo pechowym, tak właśnie pierwsza ryba naszego wyjazdu, jak rok wcześniej, nie została podebrana. Tego dnia duże nadzieje  na złowienie kolejnych ryb spełzły na niczym, bo oprócz mojej troci, tylko jeszcze Jacek łowiący muchówką, miał niezacięte branie.

Pierwszy dzień zakończyliśmy pysznym obiadem w "Barze nad Wierzycą", podczas którego podjęliśmy szybką decyzję, że mimo sporej presji na "górnym odcinku" rzeki w okolicach starych młynów (śluza), to właśnie od niego rozpoczniemy drugi dzień naszej wyprawy. Jacek łowiący głównie na muchę, również zdecydował, że kolejny dzień poświęci metodzie spinningowej, tym bardziej, że Wierzyca w górę od mostu jest mocno zarośnięta i kręta, co bardzo utrudnia  łowienia muchówką. Poza tym pierwszego dnia oprócz mojej niewyholowanej troci, została złowiona przez miejscowego wędkarza  jeszcze jedna ryba na spinning, co mogło świadczyć o większej skuteczności przynęt spinningowych nad muchowymi.

Dzień II

 

Środowy poranek nad rzeką, powitaliśmy w gronie ośmiu przepełnionych optymizmem wędkarzy, tym bardziej, że  woda  była nieco podniesiona i lekko trącona w stosunku do dnia poprzedniego co wielokrotnie przekłada się na dobre wyniki wędkarskie. Szybko mógł się o tym przekonać Janek, który na keltowej prostce, już w pierwszym rzucie, zaciął ze środka rzeki niewielką Trotkę. Jednak w łowieniu tych ryb nie dla wszystkich istotna jest tylko wielkość, ważniejszy jest sam hol i kontakt z tak walecznym gatunkiem jak troć. Czego mógł doświadczyć kilkanaście minut później również i Jacek, zacinając w bardzo podobnych okolicznościach kolejną rybę. Potwierdziło to tym samym słuszność naszego optymizmu, że tego dnia będą łowione ryby... Kolejne odcinki Wierzycy, każdy z nas starał się obławiać skrupulatnie, aby tylko nie przegapić szansy na spotkanie z upragnioną rybą. Dobre chęci to nie wszystko, duże doświadczenie zdobyte na trociowo-łososiowych łowiskach Polski i Europu jest jednak ważniejsze, co udowodnił wszystkim Jacek, po mistrzowsku wypracowując jedną z dwóch Troci jakie wyszły do jego woblera.  Zmiana przynęty na srebrną obrotówkę long, trochę cierpliwości i konsekwencja zostały nagrodzone piękną rybą.

W połowie dnia, mimo początkowo dobrych wyników, części z nas jednak  postanowiła zjechać z łowiska na obiad, tym bardziej, że pogoda zaczęła się załamywać, a z nieba padały coraz większe krople zimowo-jesiennego deszczu. Nie chcąc tracić czasu na jedzenie, jak i dodatkowo zachęcony otrzymanym woblerem od Jacka, postanowiłem  kontynuować  łowienie. Po kolejnych przebytych zakrętach zostałem już sam nad rzeką, gdyż Jacek będący pierwszy raz w tej okolicy i mający już tego dnia dwie ryby na swoim koncie, postanowił przeznaczyć  czas na rekonesans i poznanie Wierzycy  przed wiosenno letnim łowieniem na muchę, co przyśpieszyło również jego marsz.  Zawsze wierzę w moc prezentowanych przynęt, a w przypadku woblera od Jacka, wiara ta była jeszcze bardziej uzasadniona, gdyż właśnie do  bardzo podobnej przynęty, miał tego dnia trzy wyjścia troci.  Sam wobler, ale może i trochę szczęścia przekazanego z nim spowodowały, że i ja poczułem nareszcie tępe branie na wędce. Stojąc na skarpie wypuszczałem przynętę daleko przed sobą, pod drugim brzeg,  na dość szybkiej prostej. W trzecim rzucie schodzącego po wachlarzu woblera, łapczywie zaatakował samiec Troci, którego chciałem dość szybko wyholować, aby nie pozostawić mu cienia szansy na ucieczkę, jak miało to miejsce dzień wcześniej.  Po pokonaniu wysokiej skarpy znalazłem dość dogodne miejsce do podebrania ryby, nie należało do  łatwych zadań, ponieważ tam gdzie było to najbardziej możliwe, nurt zaczynał mocno przyśpieszać, a brzeg porastały trzciny. Jednak spory zapas mocy i elastyczności blanku CORMORANA Black Bull PCC w połączeniu z płynnie działającym  hamulcem Caldi 3000SHA oraz duża wytrzymałość żyłki Infinity Floor IT, pozwolił zatrzymać rybę w nurcie i lekko siłowym holem wylądować ją w trzcinach. Było to najlepszym zakończeniem chłodnego i deszczowego dnia oraz nagrodą za upór i wytrwałość...

W sumie złowione przez nas tego dnia cztery ryby i kilka niezaciętych brań, stały się podstawą decyzji, że zostajemy już tylko we czterech: Kamil, Łukasz, Jacek i ja na kolejny trzeci dzień nad Wierzycą - pozostali musieli wracać do domu. Decyzja ta wiązała się również z bezwzględną zmianą miejsca noclegu, wierząc  jeszcze po pierwszym dniu, że w "Gościńcu Staropolskim" nastanie ciepło, a w kranie popłynie ciepła woda, już dnia drugiego tych złudzeń nie mieliśmy. Przemarznięci i przemoknięci trafiliśmy do "Zajazdu Gniewko", gdzie noc wcześniej nocowała zaprzyjaźniona  grupa z "Garbusa", której de facto poleciliśmy to miejsce.  W Zajeździe przywitały nas czyste pokoje, świeża  pościel i ręczniki w łazienkach, a wieczór mogliśmy spędzić w klimatycznej restauracji, gdzie bardzo przystępne ceny, wyśmienite jedzenie i miła obsługa utwierdziły nas w przekonaniu, że nie raz tu jeszcze wrócimy.

Dzień III
Po spędzonej w cieple nocy, tuż po pysznym, "Gniewskim" śniadaniu,  stawiliśmy się z samego rana nad rzeką, na ostatnią tego wyjazdu potyczkę z Trociami. Trwała ona dłużej niż jej podsumowanie, gdyż dopiero około godz. 14:00 uwierzyliśmy w naszą klęskę. Tego dnia nie mieliśmy nawet jednego kontaktu z rybą, powodem był ulewny deszcz padający dzień wcześnie, który przyczynił się do lekkiego podniesienia wody, ale za to jej przejrzystość była niemal zerowa. Tym samym trochę zmęczeni, z lekkim niedosytem opuściliśmy Gniew.

Podsumowanie

Podsumowując nasz wyjazd mogę powiedzieć, że Trocie głównie atakowały jaskrawo pomarańczowe woblery z dodatkiem perły/białego o długości około 6-7cm, prowadzone środkiem rzeki na keltowych prostakach, a niemal wszystkie brania następowały w pierwszych trzech rzutach po zajęciu stanowiska. Wszystkie ryby wróciły do wody i nie dlatego, że nosiły momentami nawet skrajne oznaki prawdopodobnie choroby grzybiczej, ale głównie dlatego, że presja na pomorskich rzekach  jest tak duża, że zabierane są przez innych wędkarzy nawet chore ryby, posiadające nawet otwarte rany chorobowe. Ktoś w końcu musi je wypuszczać, promując zasadę  "złów i wypuść", tym bardziej, że troć, łosoś lub pstrąg są rybami typowo sportowymi, które dają dużo więcej satysfakcji z samego holu niż wrażeń smakowych po ich zjedzeniu. Starajmy się nie zapominać, że ryba raz zjedzona drugi raz nie weźmie...

Osobista Refleksja

Mi osobiście zabrakło jednak mrozu i śniegu, które utożsamiam z zimowymi Trociami, nadają one pewnego mistycyzmu i nietuzinkowych wrażeń wizualnych. Otaczająca dookoła śnieżna biel i trzeszczący z mrozu śnieg pod butami sprawiają, że co roku chce się wracać na pomorskie rzeki, nie tylko aby zmierzyć się z rybami, ale też i z samą matką naturą, która potrafi rzucać pod nogi spore zwały śniegu... Warto z całą pewnością choć raz w życiu doświadczyć zimowego  wędkarstwa nad malowniczymi rzekami Pomorza.

więcej zdjęć w:

GALERII - cz.1

GALERII - cz.2

GALERII - cz.3

 

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.